Koszmar minionej nocy

Już z kilkoma osobami o tym rozmawiałam, ale stres minionej nocy jeszcze ze mnie nie zszedł. Nie lubię przeżywać czegoś złego pierwszy raz a wczoraj wieczorem zaczął się balet, czy raczej tango z temperaturą u Sonii!... Przedwczoraj popołudniu i pod wieczór było 38 z małym plusikiem. Jedna z koleżanek usłyszała od lekarza, że takiej temperatury się nie zbija, bo to znak, że organizm walczy. Na miłość Boską, współczesne polityki niekiedy mnie rozwalają. Nie jestem taką panikarą, jak moja mama pielęgniarka i jak widzę 37, gdy mamy 25 stopni (!) w mieszkaniu to nie ruszam. Jednak 38 to nie stan podgorączkowy, tylko już temperatura. Wzięłam się dzielnie do działania, syropek Ibum i daliśmy radę. Wiecie pewnie, jak dzieci chorują. W gorączce umierają, marudzą , majaczą a gdy tylko przejdzie zaraz najchętniej bawiłyby się, jakby wszystko było OK. Zdecydowałam wczoraj rano oddać Sonię na 3 godziny do koleżanki (o tym co i jak i czemu napiszę innym razem). Dzidzia w dobrym humorze, ale po powrocie nie chciała zasnąć. Drzemka ograniczyła się do ok. 40 minut ok. godz. 14-15. Skoro tak wyglądała drzemka, to założyliśmy sobie, że spokojnie Sonia pójdzie spać o swojej porze. Poszła, jednak już z podniesioną temperaturą na poziomie 38. Zastosowaliśmy Ibum, pomógł w uśnięciu, ale struchlałam, gdy po jakimś czasie poszłam zajrzeć a tu 39, po kilkunastu minutach 40. Wiecie termometry zbliżeniowe - zgłupieć można, ale poliki czerwone, ciałko gorące i bez termometru było widać, że zanosi się na rekord. Kolejne dawki Ibumu nie pomagały. Na szczęście Sonia piła, co dało kontrolę nad odwodnieniem. Gdy Mąż chodził sprawdzać, to po minie widziałam, że nie jest dobrze. Pierwszym postanowieniem było przyniesienie kojca z piwnicy i zainstalowanie go w pokoju, aby mieć Malucha na oku. W tym czasie starałam się schłodzić Sonii czoło. Niestety okłady nawet z chusteczki wielorazowej do nosa (czyli bardzo lekkie) zaraz z czoła zdejmowała. Gdy tylko dotknęłam chłodnym rączek lub nóżek, zaraz się budziła. Przyjmowanie leku ze strzykawki (wcześniej bezproblemowe) wczoraj było koszmarem w ciemną noc! Zobaczyłam 41 i stwierdziłam, że ktoś padnie tej nocy, albo Sonia, albo ja! Głęboki wdech i maksymalna mobilizacja. Tatuś wysłany do apteki całodobowej po inny lek niż ibuprofen oraz po plastry chłodzące (może ich Sonia nie zerwie). Sonii się pogarszało. Smoczek jakby szczękościskiem zagryzła, ani podać leku. Na rękach panika, światłowstręt. No wszystko to, co znacie, gdy macie sami wysoką gorączkę. Rozłożyłam szybko łóżko i wzięłam ją do naszej pościeli. Jedynym światełkiem była dziecięca nocna lampka. Mimo buntu lekko dotykałam chusteczką czoła i rączek, aby chłodzić. Podpytałam wszystkie znane sąsiadki, czy mają czopki, nie miały. Chociaż jeden pożyczyć szybko, żeby dziecku ulżyć. Wrócił Tata blady jak ściana z zapuchniętymi ze zmęczenia oczami, ale miał Pedicetamol, który w okresie niemowlęcym nam pomagał i miał też plastry chłodzące dla dzieci. Plaster? Jaki plaster! Koszmar, horror i inne takie! Masakra, ryk, krzyk, panika, zdzieranie z czoła. Nie dało nawet 3 minut poleżeć. Na szczęście Sonia nie odrzucała butelki, tak jak strzykawki z lekiem a paracetamol można podać z płynem. Udało się, połknęła! Przyszedł moment okrutnego oczekiwania. Daliśmy sobie 30 minut do zakrojenia większej akcji. Był przełom dni. Histeria po plastrze chłodzącym na czółku, minęła dopiero gdy Sonia położyła się na mojej piersi i chyba słysząc bijące serce, po prostu się wyciszyła. To straszne uczucie. Emocje nie do opisania, z trzymaniem noworodka skóra do skóry nie ma to porównania. Czuć na sobie ten żar, którego nie można nawet fizycznie wytrzymać. Leżałam byle jak, wszystko mnie bolało, byle tylko Dziecko się uspokoiło. Na szczęście telefonem wsparła mnie koleżanka, która ma dwójkę chorowitych dzieci. W tym czasie rolę poduszki przejął Tata. Po 10 minutach temperatura ruszyła w dół. Nawet na tyle, że zaakceptowana została wilgotna chusteczka na czole! Noc do końca nie była spokojna, kontrola oddechu, pomruki, ok 37 stopni. Rano temperatura zeszła i Sonia nawet zaczęła się ubierać, żeby iść do koleżanki!... Dziękuję też wszystkim tym, którzy podpowiadali co robić za pośrednictwem Facebook'a i oferowali swoją pomoc. To miłe i w tak paskudnej chwili, bardzo potrzebne. Powodów temperatury mam co najmniej kilka, od stresu nowo poznanej cioci, która Sonię nam zabiera codziennie do siebie do domku, przez zęby, po 3-dniówkę. Jeśli to wirus, to pewnie dziś jeszcze przeżyjemy mały horror a jutro powinna pojawić się wysypka i na tym powinien być koniec pieśni. Oby to tak wyglądało!
  • Współczuję Wam tych przejsć. Rzeczywiście, ciężko rodzice znoszą, gdy dziecko choruje i w zasadzie możemy tylko na czasie polegac.. Super się spisaliście!