Mama szuka pracy

Dzisiaj opiszę pierwszą część przygód związanych z szukaniem pracy. Liczę oczywiście na to, że tych części dużo nie będzie, ale to dopiero czas zweryfikuje... mama-praca Stali Czytelnicy wiedzą, że byłam karierowiczką, zarabiałam za dwoje i mam długie CV. Po narodzinach Sonii zmieniła się sytuacja, moje poglądy i priorytety. W efekcie jestem zarejestrowaną bezrobotną bez dochodu formalnie od lipca 2012 roku. Żyjemy z jednej pensji, której wysokość nie kwalifikuje nas do żadnych zapomóg. Gdy odejmie się od niej opłaty i kredyt mieszkaniowy, pozostaje nam średnio 800zł na utrzymanie się do kolejnej wypłaty. Taka w pigułce jest nasza obecna sytuacja. Aby poprawić naszą sytuację powinnam znaleźć pracę. Tata jest na etacie i pracuje na jedną zmianę. Potrzebna jest druga pensja, tak na prawdę jej wysokość nie jest aż tak ważna, jak to, że po prostu powinnam zasilić budżet domowy. Naszym podstawowym problemem, jest to, że nie możemy liczyć na fizyczna pomoc rodziny. Moi rodzice pomagają odrobinę finansowo, ale tez nie możemy ich  nadwyrężać, bo mama od kilkunastu lat choruje i potrzeba im coraz więcej pieniędzy. Teściowa z kolei jest kupiona przesz szwagierkę lub zaślepiona, nie wiem. W każdym razie mieszka ok. 15km od nas (dojazd zajmuje jej 30 minut), ale poświęca całe dnie swemu kilkuletniemu pierwszemu wnukowi. Nie rozumcie słowa poświęcanie, jako wspólne bawienie się, uczenie itd., bo to jest raczej tylko doglądanie, wspólne spanie, mało rozwojowe ogólnie. Mniejsza z tym. Nawet na taką po prostu fizyczną obecność liczyć nie możemy. Siłą rzeczy, póki nie trafimy, odpowiedniej kandydatki na opiekunkę, etat w rannej zmianie (równo z Mężem) jest wykluczony. Skoro wspomniałam o bezrobociu to od urzędu pracy zacznę. Pierwsze kilka miesięcy bezrobocia chodziłam do młodej pani. Byłam zdziwiona jej postawa, bo młode to takie zadufane i ambitne, i przesadzające a ta była... rozumiejąca. Poprosiła tylko, aby jej napisać, że mam dziecko poniżej roku i na żadnym ze spotkań nie wpychała mi pracy. Po orzeczeniu, że nie należy mi się zasiłek dla bezrobotnych (brakowało jednego dokumentu z zagranicy) przejęła mnie starsza generacja pośrednika pracy. No i tu się zaczęło. Anegdotą największą jest to, jak pan znalazł mi pracę. Wpisał ją w rubrykę, którą bezrobotny podpisuje in blanco, po czym zadzwonił "na górę" i obwieścił mi, że jest to co prawda etat, ale przekładanie towaru w markecie na nocki na... 21 dni... Wymaga to komentarza?... Od tego czasu zwyczajnie boję się tam chodzić. Nie zadzieram nosa z powodu wykształcenia, ale przy tego typu ofertach zabiorę pracę komuś z odpowiednimi kwalifikacjami... Z resztą teraz świat wygląda tak, że osoba bez matury jest szefem działu w markecie, w którym pracują ludzie z mgr... To teraz trochę o aktywnym poszukiwaniu pracy. Moja aktywność znacznie wzrosła od moich 30-tych urodzin. To rzeczywiście taki kubeł wody, aby zastanowić się, co ze sobą zrobić. Zbiegło się też to ze wzrostem ofert pracy w branżach, które mi pasują. Jak dotąd doświadczyłam dwóch postaw. Pierwsza nadaje się na kolejną anegdotę. Zadzwoniła do mnie pracownica firmy pośredniczącej (HR-owej) z zaproszeniem na rozmowę. Praca była w godzinach 16-20, zatem mi pasowała. Sonia była jednak wtedy chora na antybiotyku, z temperaturą, nie chciałam narażać jej na dodatkowe stresy, inna opiekę itd. Pani tzw. siksa bezdzietna (z głosu) zadarła nosek i powiedziała, że pracuje do 16 i innej godziny niż TEN dzień i TA godzina nie ma. Oczywiście ja na tym nie straciłam, tylko straciła firma, która korzysta z usług takich osób. Ah ta moja skromność. Dla mnie jednak bzdura jest robienie rekrutacji do pracy na godziny popołudniowe a nie być dyspozycyjnym w tym czasie. Zakładam bowiem, że część osób nie mogą się wcześniej zjawić z różnych powodów, dlatego zaaplikowały na taką ofertę pracy... Być może odbierzecie taką postawę, jako zadufaną panią z magistrem, ale wydaje mi się nielogiczne takie ograniczanie w zdobywaniu pracownika, skoro pewnie miałaby z tego zysk. Koleżanka uświadomiła mi, że jeśli znajdę pracę, to agencja HR, to będę miała niższą pensję, bo oni biorą od pensji najczęściej stałą prowizję. Temat firm pośredniczących zarzuciłam i odtąd wybieram tylko bezpośrednie oferty z zakładów pracy. Wczoraj byłam na rozmowie kwalifikacyjnej w firmie z jednej z moich branż - telemarketing B2B, dot. pozycjonowania. Po pierwsze dla pana nie było problemu, aby umówić się na taką godzinę, w jakiej mogę się zmienić z Mężem. Okazało się w rozmowie, że ma 2-letnie dziecko, więc w sumie jest na bieżąco. Miał już dla mnie przygotowane papiery na szkolenie do pracy! Czyli miałabym ją! Niestety powiedziałam uczciwie, że od 8 do 16 nie jestem dyspozycyjna. Sąsiadka, o której myślałam że choćby tymczasowo zajmie się naszym Maluszkiem, znalazła pracę. Zaproponowałam przygotowanie się do pracy i przyjeżdżanie na 16. Niestety z polityką firmy się to mijało. Niemniej pan sam zaproponował (!!!), że skoro mam doświadczenie w pisaniu tekstów pod SEO to porozmawia z zarządem (on się tym nie zajmuje) i może pisałabym dla nich teksty! Oczywiście nie popadam w euforię, ale liczę na to, że nie było to spławienie w niekrzywdzący sposób, tylko na prawdę pan coś z tym zrobi. Mam czekać na kontakt w niedalekim czasie. Nawet jeśli nic z tego nie wyjdzie, to mam nadzieję, że zauważyliście różnicę między panią siksą a panem od telemarketingu. Koniec części pierwszej :)
  • Z

    Z tym nastawieniem szukaj jak najszybciej więcej ofert. Nie czekaj na odpowiedz bo to jest najgorszy schemat w jaki się wpada – oczekiwanie na odpowiedz. Lepiej jest potem mieć dylemat co wybrać niż zniechęcić się czekaniem.

    • Jeśli z mojego wpisu wynika, że mam zamiar założyć ręce, usiąść i czekać, to nie takie było moje zamierzenie! Mam cel, mam potrzebę. Mam inne perspektywy, nie tylko te 2 opisane sytuacje z zapką na rozmowę i z rozmowy… Poza tym, gdybym miała czekać na zlecenie robienia opisów, to i tak zawsze będzie to praca dodatkowa, chyba że się zdziwię, no ale nie sądzę.