Mój poród – CESARSKIE CIĘCIE

Mój poród – CESARSKIE CIĘCIE

Minął kwartał mego macierzyństwa!

Stosując zasadę – czas leczy rany – mogę (już bez nerwów) opisać jak wyglądało moje rodzenie ;)

na-sale-opercyjna

Zanim jednak o tym to chcę się wytłumaczyć z długiej przerwy – po pierwsze – Bobo a po drugie – wydawało mi się bezzasadnym pisanie o rodzicielstwie przed opowiedzeniem o porodzie, ale do rzeczy…

Ostatnie kilka dni przebywania z Wielkim Brzuchem były czasem euforii i aktywności. Jestem raczej typem flegmatyka a tym razem nosiło mnie z kąta w kąt! Niedzielny poranek 15 kwietnia zaczął się dla mnie już przed 6. rano, gdy postanowiłam wymalować kwiaty na ścianie pokoju dziecięcego. OMD (a mój mąż) leżał i komentował ze zdziwieniem, że jakaś inna jestem;) Sama się sobie dziwiłam, ale ręka z pędzelkiem sama latała między czarnymi konturami…

Gdy stwierdziłam, że nie będę ryzykować i wspinać się z Brzusiem w wyższe partie rysunku postanowiłam odpocząć. Nie dawały mi jednak spokoju jakieś dziwne, niby te same, ale inne kopnięcia/wiercenia w dole Brzucha. Koło godz. 9. udałam się do łazienki na poranną toaletę. Zobaczyłam odrobinę krwi. Pamiętam, że lekarz mówił mi, umawiając się ze mną na cesarkę na najbliższy wtorek – „Może być, że nie dotrzyma Pani do 17-tego. Jak pojawi się krew – proszę jechać!”

Nigdy w życiu nie byłam tak zorganizowana, jak wtedy! Zaraz dziwnym trafem miałam wszystko ułożone w głowie. Najpierw oświadczyć memu Facetowi, że droga na oddział przed nami. Udało się, powiedziałam do przygotowującego śniadanie:
– (tu imię) będziemy musieli jechać do szpitala. Ubierz się, weź prysznic. Zjedzmy spokojnie śniadanie i pojedziemy – głos stonowany, ale stanowczy, żeby nie wprowadzić paniki, dla polonistek – tryb oczywiście rozkazujący.

Krótki telefon do ginekologa, który odebrał w niedzielę rano (!), potwierdził moje zamiary – Trzeba jechać! Zadzwoniłam do rodziców, że nie przyjdziemy do nich na obiad, bo jedziemy, i żeby nie dzwonili wcześniej, niż sami zadzwonimy.

Tego śniadania nie zapomnę nigdy – to była super jajecznica ze szczypiorkiem i kiełbachą, która chodziła za nami od jakiegoś czasu!

W pewnym momencie było mi jednak już tak niewygodnie i uderzenia bolały mnie na tyle, że nie dało rady dokończyć jedzenia… Torba spakowana od dawna już wyciągnięta była pod drzwiami. Trasa do Szpitala wiadoma, bo jeździliśmy tam do szkoły rodzenia. Jeszcze chwilę przed wyjściem cofnęłam się i wpakowałam sobie wielką porcję śniadania do buzi.

Zeszliśmy ostrożnie pieszo z 3.piętra, aby czasem winda się nie zacięła (lubi się zacinać). Szłam po chodniku przed blokiem, jakbym miała między nogami piłkę. Liczę na to, że było na tyle wcześnie, że zbyt wielu sąsiadów mnie nie zauważyło…!

W drodze do szpitala, OMD zapytał przez CB radio, czy droga jest czysta, bo wiezie żonę do porodu. To było bardzo seksowne (dokładnie tak pomyślałam wtedy! Nie rozumiem – rodzę a myślę, że coś jest sexy!) Ja w międzyczasie, co chwilę zwijałam się na siedzeniu…

Do porodu – powiedziałam w domofon klatki położniczej izby przyjęć. Dwie miłe panie otoczyły mnie opieką. Pełno papierów, szybkie KTG i ja chodząca od ściany do ściany, bo leżeć nie dałam rady.

Na oddział, na piętro wjechaliśmy windą, tzn. wraz ze mną jedna z tych pań (nie wiem, czy to położne, czy pielęgniarki) i OMD.
Na oddziale zostałam zaprowadzona do sali porodowej. Tam znalazłam miejsce leżące na wielkim łóżku. Po kilku formalnościach była już położna odpowiedzialna za mnie.

Był ze mną także szanowny Małżonek ;) i szczerze mówiąc nie wiem, jak bym to bez niego przeżyła. Towarzyszył mi przez cały czas przygotowań. Gdy chciałam to masował plecki (przynosiło mi to niesamowitą ulgę). Bezkarnie mogłam wbijać paznokcie w jego bok, gdy tylko pojawił się skurcz.

Trafiła mi się położna, która nie lubi przeklinania. Czasem lepiej rzucić łaciną, jakimś jednym słowem, niż wypowiadać pełnym zdaniem: kochana pani położno, bardzo boli mnie, gdy dziecko pcha się na świat…! Co chwilę wchodził ktoś i dawał mi do podpisania jakieś papiery, których nie wyobrażam sobie czytać. Taki oto jest spokój, gdy się rodzi :-/

Na salę operacyjną (ze względu na wadę wzroku planowane było u mnie cesarskie cięcie) zostałam dowieziona ze skurczami co ok. 2 minuty i rozwarciem na jakieś 7 cm. No i tu kolejne ciekawostki!…

– Ma pani krzywy kręgosłup! Proszę się nie ruszać! – słyszałam co chwilę. Po kilku próbach (chyba z 8!) powiedziałam, że zgodzę się na znieczulenie ogólne, skoro nie dają sobie rady.

W końcu przyszła inna anestezjolożka, która uszanowała moment skurczu i to, że NIE DA RADY wtedy siedzieć, jak należy, i udało się – mrowienie w nogach i lekarze przeszli do działania!

Godzina 11:49 – JESTEM MAMĄ!

Chcę dodać, że rodziłam w znanym, w moim mieście, szpitalu, na bardzo udyplomowanym oddziale. Na ścianie widnieją złote stetoskopy, dyplomy „Rodzić po ludzku”. Tutaj w szkole rodzenia mówiono nam o standardach porodowych. Jak to dziecko jest dawane matce, jak to wszystko pięknie. Same ochy i achy!

A u mnie?!

Kiedy podczas znieczulania ból był coraz większy i wszystkie kończyny niezależnie ode mnie po prostu dygotały, poprosiłam kogoś (na sali było 10 osób!), żeby mnie dotknął. W swoim umyśle nie mogłam sobie poradzić z tym trzęsieniem, było ono poza mną zupełnie, ale strasznie mi przeszkadzało w utrzymaniu pozycji do znieczulenia. Na sali przygotowań miałam podobną sytuację, wtedy Mąż dotknął moich nóg i drżenie minęło. Wracając do operacji – nikt mnie nie dotknął, nawet moja „święta” zapewniona przez szpital położna! Po kilku nieudanych próbach znieczuleń na twarz wystąpił mi pot i z nosa zaczęły lecieć smarki. Poprosiłam o to, żeby ktoś mnie wytarł. Znowu NIC (!). W końcu jedna z pań (ale nie moja położna), gdy widziała, że na prawdę sytuacja zaczyna być żenująca podeszła do mnie, dotknęła mojej nogi, ręki, podała papier do otarcia smarków, szepnęła anestezjolożkom, żeby się trochę stonowały. Nie zapomnę nigdy tej pani a szczególnie jej oczu, bo na twarzy miała maseczkę!

Konsekwencje długiego znieczulania też były później – musiałam leżeć 24 godziny. Bałam się przepisowych 12, że nie dam rady psychicznie a tu przyszło mi „dobować”! Naliczono na moich lędźwiach kilkanaście ukuć! Nawet na szkole nie powiedziano nam, że jest możliwe, aby tyle leżeć. Najwięcej 12 – słyszeliśmy. Na tyle starałam się wewnętrznie przygotować, bo ja zawsze szykuję się na najgorsze warianty.

Złośliwi nazywają ten oddział wylęgarnią. Coś w tym jest. Tego dnia (niedziela) przed moim Maluszkiem przyszło na świat 8 dzieci a na oddziale byłam już przed południem, koło 10:30. Po cesarce zostałam wypisana przed upływem 3 pełnych dób.

To jest jednak jeszcze mało. Najgorsze było to, że TATA NIE DOSTAŁ SWOJEGO DZIECKA DO KANGUROWANIA! Po wizycie popołogowej już wiem, że generalnie położne mają to w „d”, bo im się nie chce – taka jest praktyka. Teoria? – u nas w standardzie zaraz po porodzie, jak wszystko jest OK, dzidziuś idzie do ojca… Przypominam o dyplomach z Rodzić po ludzku!

Tak oto urodziłam Cesarza – jest to słowo, w żargonie medycznym, określające maleństwa po cesarce.

[subscribe2]

A jakie są Wasze wspomnienia z porodu?

 

Tags:

Comments on this post

0 Comments