Co się czuje po śmierci mamy?

Co się czuje po śmierci mamy?

Po śmierci mamy czuje się bardzo wiele. Moje emocje ewoluowały i ewoluują. Z każdym dniem rozumiem bardziej… życie i poznaję sens umierania. Każdego tygodnia planuję i działam w kierunku tego, aby być nieśmiertelną w sensie metafizycznym lub choćby książki na półce (!). Mija pierwszych 365 dni. Mija, bo taka jest kolej życia. Mija przez pryzmat śmierci ciała, z którego wyszłam na świat…

po śmierci mamy, dzień matki

ABSTRAKCJA po śmierci mamy

Najpierw była abstrakcja. To pierwsze co czułam. Nie umiałam przez kilka miesięcy inaczej nazwać tego uczucia. Abstrakcja.

Podobno miałam szczęście, że mogłam się przygotować, bo mama umierała kilka tygodni. Licytowałam się nawet o to z kimś z rodziny, komu bliska osoba zmarła nieoczekiwanie. Nie wiem, czy szczęściem są przepłakane i nieprzespane noce przed TYM dniem. Nie wiem, czy szczęściem jest bezradność. Nie wiem czy szczęściem jest przeświadczenie, że jestem gotowa a potem okazuje się, że gówno prawda.

Z czasem zaczyna się żałować. Myślałam, że nie będę żałować, bo trwam w jednej zasadzie logiki:

W danym momencie robię to, co uważam, że jest dla mnie najlepsze.

Wybierając między umierającą matką a małymi dziećmi, wybierałam dzieci, wybierałam wykonywanie zleceń, wybierałam pozostawanie w domu zamiast odwiedzania w każdej wolnej chwili. Nie usprawiedliwiam się, ale prawda jest, że każdą rzecz można zrobić lepiej. Z drugiej strony – można też gorzej.

Gdy mama zrozumiała, że pewnych rzeczy we mnie nie zaszczepi, np. zamiłowania do porządku, zwykła mawiać:

JAK ZROBISZ, TAK BĘDZIE :-D

No więc skoro o żalu zaczęłam… Na ten czas żałuję, że już jej nie usłyszę, nie poczuję ciepła ciała. Grób to bardzo zimne miejsce. Pamiętam te szpile, które wbijały mi się w pierwszym miesiącu, gdy odwiedzałam GRÓB – Jakie to zimne, puste, szare, bez życia.

Pogrzeb mamy po spopieleniu był pierwszym takim pochówkiem, w jakim brałam udział. Żałuję, że jakiś obcy gość wkładał urnę z mamą do dołka. No co za kurwa dziwactwo. Już wtedy miałam ochotę mu wyrwać ten namacalny kawałek mamy i sama odłożyć ją tam na dół. Nie zrobiłam!

Sny o mamie

Trudno mi ocenić, czy lubię swoje sny. Kiedyś, kilka lat temu, śniło mi się, że znalazłam mamę wśród kolorowych jesiennych liści. Leżała w białym worku, blada i zimna, bez życia. Mama zmarła w październiku i wyniesiono ją w białym worku. Jak wspomniałam – nie wiem, czy lubię swoje sny…

Jednak po śmierci mamy, sny o niej były raczej pożegnaniem. Raz tylko śniła mi się, jakby miała kłopot, przygnieciona ciężkimi kamieniami, niby połamana a z jakimś niedookreślonym grymasem na twarzy. Wtedy byłam zaniepokojona.

Bardzo ciekawy był sen z pogranicza fantastyki a mi się takie w ogóle nie śnią. Otóż mama w progu, najpierw na wózku, chora, potem taka mama jak pracowała, potem taka ze zdjęć w wieku szkolnym, na końcu niemowlę. Obrazy się przewijały i jakby zwijały kolejno aż zniknęły. Wydaje mi się, że to taki znak podsumowania. Pożegnanie. Zakończenie, w stylu – Idę sobie z tego świata.

Prawie codziennie coś do niej mówię. Do dziś, gdy wchodzę do mieszkania, w którym leżała, mówię – Cześć Mamo, w duchu lub głośno, zależy od sytuacji. Nie lubiłam tego mieszkania. Bałam się umierania. Teraz jest mi tam przyjemnie. Nie umiem tego wyjaśnić. Wiszą jeszcze obrazki, które chciała, aby wisiały. Wszędzie pełno zdjęć wnucząt, jak chciała. Jest jej wózek – ostatni fotel.

Jest coś, czego mi się bardzo chce po śmierci mamy

Nadal są takie momenty, że mam ochotę nagle stanąć i zacząć wyć. Tak – wyć! Wywrzeszczeć się, bez względu na to co robię i gdzie akurat jestem. Nie zrobiłam tego ani razu, choć mam wrażenie, że kiedyś nie wytrzymam.

Dopiero w zeszłym miesiącu miałam okazję bezpiecznie się z tym zmierzyć. Niektórzy mówią zrestartować się. Maluszki, a dzieci miały wtedy 1,5 i 3,5 roku, nie rozumieją zbyt wiele. Każda chwila mojego smutku kończyła się włażeniem na kolana, łażeniem za mną, nachalnym towarzystwem. Ja wiem to dzieci, ale te żałobne emocje powinny mieć gdzieś ujście, powinno się im pozwolić na poukładanie się. Nie miały. Nie pozwolono. Dopiero dobra (zakrapiana) zabawa na weselu, mimo żałoby, dojście do siebie, pozwoliło cokolwiek zmienić, poczuć ulgę i siłę do porządkowania/godzenia się z sytuacją (?).

Nie nosiłam żałoby po śmierci mamy

Znakiem czasu zmieniłam swoje zdjęcie profilowe na Fejsbuku na wariant w kolorze szarości i przez rok było ono takie samo. Nie postanowiłam jeszcze, czy cokolwiek zmienię.

Nie nosiłam żałoby. To smutny kolor ta czerń. Nie chciałam dokładać dzieciom smutku. Nie chciałam z każdym spojrzeniem w lustro przypominać sobie tego bólu. Zawsze miałam smutną szafę, brązy, ciemny zieleń, czerń. Od niedawna sięgałam po inne kolory. Mama napatrzyła się na mnie w wydaniu postarzającym. Nigdy jej nie zapytałam, czy mam nosić żałobę.

Mama po śmierci ma żyć!

Nigdy nie rozumiałam kobiet, które odsuwają swoich partnerów od opieki nad dzieckiem. Każdą wątpliwość zawsze tłumaczyłam sobie takim stwierdzeniem:

To dziecko w połowie jest też jego.

Skoro rodzice mają dosłowny wkład w dziecko po 50% to dziadkowie po 25% na głowę. Pradziadkowie dziecka po 12,5, prapra po 6,25 i tak dalej. Z każdym pokoleniem będzie nas w życiu kolejnych pokoleń coraz mniej. Ileż to szumu jest, gdy odchodzi ktoś ważny. Ten szum mija. Gdy jest to osoba popularna i lubiana, albo szanowana, z szumem odejścia zostają najbliżsi, bo przecież trudno trąbić o tym non stop w dobie internetu.

Mama ma żyć. Tak bym chciała, aby była jako wyobrażenie – obok. Chciałabym, aby była w świadomości moich dzieci. Chcę mieć poczucie, że stoi, widzieć jej obraz. Nie modlę się, gdy nie mam poczucia, że powinnam. Za to bardzo często do mamy mówię.

Kurcze, ileż ludzi robi drzewa genealogiczne dla szpanu, doszukuje się szlacheckich korzeni. Nie chodzi jednak o korzeń. Nie miałam tej świadomości wcześniej, tego innego wymiaru. Cholera, Ci ludzie kiedyś żyli, pili, jedli, pracowali, kochali… byli ciałem ciepli, można było ich dotknąć. To niech tak zostanie! Śni Ci się coś czasem? Mi tak. No i w tym śnie czujesz coś tak, jakbyś tego dotykała, czujesz tą fakturę, temperaturę tego, prawda? No właśnie o to uczucie mi chodzi, żeby móc poczuć wyobraźnią jak to było.

Dziś dopadła mnie myśl, czy ja mam jakieś nagranie mamy głosu, jakiś filmik. Myślę, że odszukanie takich zapisów będzie dla mnie celem działań, odtwarzania mamy dla moich dzieci.

Dziecięce wyobrażenia a rzeczywistość

Jak każda mała dziewczynka uwielbiałam mamy biżuterię. Nie byliśmy bogaci. Mama uwielbiała srebro i kamienie półszlachetne oraz bursztyny. Nie było tego dużo, ale często myślałam sobie naiwnie – to będzie kiedyś moje. Czułam się wtedy taka dorosła!

Przyszedł TEN dzień, kiedy to z drewnianymi kasetkami w ręku usiadłam i wzięłam się za porządkowanie. Tam nie trzeba było nic porządkować, chciałam przełożyć wszystko w jedno miejsce. Wiesz co?! To było piekło. Ręce trzęsły mi się tak, że nie mogłam trafić do przegródek. Łzy leciały z oczu jakimś niezatamowalnym potokiem. Byłam w szoku, jakie to trudne. Wtedy tak bardzo chciałam być tym dzieckiem, tamtą dziewczynką i cieszyć się, że to jest moje. Nie cieszyłam się i to nawet w 1% nie wyraża moich emocji.

A wiesz co mnie rozbiło? Kilka dni po śmierci w jednej z takich kasetek znalazłam… lizaki dla moich dzieci! Zawsze, jak wiedziała, że przyjdziemy kazała opiekunce zadbać o to, aby był jaki cukiereczek, czy lizaczek najlepiej z gwizdkiem, który Sonia kochała (kocha).Wnuczęta! Doczekała i nawet na łożu śmierci o nich pamiętała…!

Podobnie ubrania. Gdy mama jeszcze wychodziła z domu nosiła odzież o 3 numery mniejsza ode mnie. Niemniej ubrania po części zostały. Wtulanie się w sweter, szukanie zapachu. Wyrzuty sumienia, gdy coś się rzuciło, zamiast odłożyć (wspominałam już, że nie mam zamiłowania do porządku…).

Mama tu była

Szukanie śladów. Mimowolne szukanie śladów. Niedawno rozstałam się z mamy ostatnimi półbutami, które przez jakiś czas po niej nosiłam. Podobnie z ostatnimi butami, jakie wybrała i kupiła specjalnie dla mnie, zupełnie w ciemno.

Kilka miesięcy temu powiesiliśmy w domu reprodukcję obrazu Staś i mama, którego w dzieciństwie nie znosiłam. Uważałam go za brzydki. Teraz wisi w pokoju moich dzieci.

Ilu rzeczy mama nie doczekała!

Pierwszą taką myślą był tramwaj. Nawet nie w sensie, że mamie na nim zależało, bo dla jej egzystencji, nie miał on wielkiego znaczenia, nawet gdyby pracowała zawodowo. Jednak dzielnica Bydgoszczy, w której mieszkamy czekała na ten pieprzony tramwaj kilkadziesiąt lat a on po raz pierwszy pojechał z ludźmi jakiś miesiąc po mamy odejściu. Szlag!

Drugi, pewnie istotniejszy to dużo lepsze połączenie autobusowe, które pozwoliłoby mi bez przeszkód, nawet zimą i z noworodkiem do mamy jeździć. Autobus sprzed naszego bloku jedzie wprost przed blok mamy. Nie doczekała. Szlag!

Tak sobie chodzę teraz po świecie i wydarzenia, czy sytuacje filtruję przez pryzmat „a mama tego nie doczekała”. Sprawy tyczą się w znacznej mierze wnucząt, choć jej marzeniem było doczekać wnucząt. Doczekała. Wnuk był przy niej, gdy umierała.

A jakby mama to zrobiła?

Usiłuję sobie odtwarzać nawet prozaiczne czynności, zastanawiają się jak ona je robiła. Zastanawiam się co by mi doradziła. Gdy tak zaczynam rozpamiętywać, pojawia się ta świadomość odcięcia, że to już, jak nożem. CIACH, nie ma. To jest żałoba. Smutek nie trwa non stop. Większość czasu, coraz więcej czasu, jest tzw. normalnie. Funkcjonuje się. Działa. W którymś jednak momencie jest zjazd.

Wracam do tematu. Jak mama robiła? Teraz po śmierci mamy, wspominam i opowiadam dzieciom, i mężowi, przy różnych okazjach a mama mówiła to, a mama zrobiła tamto. Codzienne sprawy, gotowanie, pieczenie, wycieczki, jej zdanie, jej poglądy.

Miała 67 lat. Chorowała na chorobę Parkinsona.

Moja Basieńka, moja Lwica, moja Kochana!…

PS. Mówią, że z czasem wcale nie jest łatwiej… Boję się, bo jestem jedynaczką. Nie zaznam nigdy więcej ciepła mamy. W każdym przytuleniu dziecka odnajduje jej cząstkę i będzie musiało mi to wystarczyć. Kto pomaga tak, jak mama? Nikt. Boję się ciężkich momentów, jakie funduje życie i jeszcze dojdzie to, że mamy już nie ma! Tylko ona dzielnie i cierpliwie znosiła to moje rzyganie na cały świat.


Udostępnień 28

Tags:

Comments on this post

12 Comments
  • Twój wpis jest mi bardzo bliski, mogę podpisać się pod wieloma akapitami słowami – czułam tak samo. Straciłam mamę 4 lata temu w wieku 23 lat, tuż przed obroną pracy magisterskiej. Nagle, bez żadnego uprzedzenia – nie chorowała: miała 54 lata. Wcale nie jest mi lżej z upływem czasu. Coraz mocniej odczuwam potrzebę jej obecności w moim życiu. Dziś sama jestem matką dwóch córek (1,5 r. i 1msc.). To bardzo dziwne, gdy w spojrzeniu Zuzki odnajduję cząstkę mamy… Sny miewam często, napady wycia zdarzają się do dziś. Strata nie do odżałowania, jakby umarła część ciebie, raz na zawsze, bezpowrotnie.

  • Asia – Matka w Kratkę

    Boję się nawet myśleć o takiej ewentualności… Ściskam Cię mocno!

  • Bardzo przejmujący wpis. Wzbudziłaś nim we mnie ogrom emocji i przemyśleń. Ja również jestem jedynaczką…
    Mam ogromne szczęście, bo moi rodzice nadal żyją (i oby żyli jeszcze wieeele lat). Ale to, czego boję się najbardziej, to że nie zdążę im powiedzieć ważnych rzeczy. Z drugiej strony, dlaczego nie zadzwonię i nie powiem teraz? Bo teraz nie mam nic z ważnych spraw do powiedzenia. Z ważnych, które siedzą gdzieś w środku…
    Ahh…powędruję do siebie z masą przemyśleń po Twoim wpisie… Dziękuję Ci, że się tym z nami podzieliłaś.
    Gorąco ściskam i życzę, aby czas jednak przyniósł ukojenie

  • Natalia_21

    Współczuję…

  • Lady Shepard

    Ledwo dałam radę przeczytać do końca. Jedynaki mają trochę przekichane, moja mama miała 57 lat jak zmarła. Było to oczekiwane i nieoczekiwane jednocześnie. Na śmierć bliskiej osoby nie da się przygotować, a mimo upływu czasu wciąż boli tak samo. Pierwszy etap u siebie nazwałabym Obłędem, teraz tkwię w Pretensjach do siebie, że mogłam być lepsza i więcej z siebie dać..

  • Ja nie mogę sobie tego nawet wyobrazić i bardzo Ci współczuję :(

  • Na śmierć mało kto daje zgodę, ale śmierć przypomina nam jak ważne jest cieszenie się każdym dniem i każdą chwilą. Bardzo współczuję Ci straty mamy :(

  • Nie doczytałam do końca, spłakałam się. Może jutro przeczytam – mam nadzieję, bo nie czytałam dawno wpisu, który byłby tak szczery, osobisty i poruszający.

    • przelałam na stronę to, co czuję.

  • Może to dziwne, ale ja od dziecka często rozmyślam o śmierci i często śni mi się umieranie. Przywiązuję ogromną wagę do pożegnań i mówienia dobtanoc – w obawie, że to ostatni raz. Życia przecież nie przewidzisz. Na śmierć jednak nie da się przygotować i zawsze odejście ludzi, których kochamy boli tak samo. Mam nadzieję, że nauczysz się z tym żyć, bez poczucia winy, a z akceptacją tego co się stało. Bo nie da się inaczej …

    • to, co czuję nazwałabym bardziej żalem i smutkiem, niż poczuciem winy. Nie mogę oceniać swoich wyborów z perspektywy czasu, jako złe. Wybierałam to, co w danym momencie uważałam za najlepsze a że później zmienia się perspektywa… No cóż, taka jest kolej życia.